Angkor Wat (dzień 3) - polowanie na wschód słońca

Angkor Wat – od tego widoku wszystko się zaczęło. Podziwiany przez nas wielokrotnie w albumach, internecie, wzbudzał nasz podziw i rozpalał marzenia, ale jednocześnie zawsze wydawał się tak daleki i niedostępny. I oto jesteśmy na miejscu przed najbardziej rozległą i najbardziej okazałą budowlą sakralną na świecie, a wspaniały wschód słońca oblewający wszystko różową poświatą wzmacnia i tak już niesamowite doznania.
Kilka razy sprawdzaliśmy i pytaliśmy o której jest wschód słońca i o której najlepiej wybrać się do Angor Wat. Odpowiedzi były różne toteż zdaliśmy się na własną intuicje i wyruszyliśmy sporo przed szóstą. Mieliśmy nadzieję na rześką, rowerową przejażdżkę po ciemku ale gdy tylko wyszliśmy z hotelu uderzyło nas duszne i parne powietrze. Niestety w tym klimacie od upału odpocząć można tylko w klimatyzowanych pomieszczeniach. Nie zrażeni jednak wsiedliśmy na rowery i praktycznie sami na ciemnych ulicach oświetlanych tylko słabym światełkiem naszych rowerów, mijani przez nieliczne riksze zmierzające w tym samym kierunku, ruszyliśmy w drogę. Gdy dotarliśmy okazało się, że większość spragnionych spektakularnych widoków zaspanych turystów jest już na miejscu. Parkingi pełne były autokarów i riksz, a gdy zobaczyliśmy tłumy przed fosą otaczającą Angkor trochę nas to zaskoczyło. Prawdziwa językowa i kulturowa wieża Babel. Mieliśmy wrażenie, że można tam było spotkać ludzi z każdego niemal zakątka świata, ale największą i najbardziej zwracającą uwagę grupą byli (tradycyjnie już) Chińczycy. Dysponowali chyba najbardziej zaawansowanym sprzętem fotograficznym, największymi obiektywami, a biegając ze statywami i histerycznie poszukując najlepszego miejsca do zrobienia zdjęć mocno konkurowali o uwagę z majestatyczną świątynią. Nerwowo wyglądając pierwszych promieni słońca spędziliśmy tak na czekaniu prawie godzinę żałując trochę, że nie zostaliśmy dłużej w łóżku. I oto doczekaliśmy się – czerwona kula powoli zaczęła unosić się nad kamiennymi pąkami lotosu wieńczącymi olbrzymie wieże, oświetlając świątynie najpierw czerwienią, później żółtym i niebieskim światłem...

Niestety nasze fotograficzne umiejętności nie są w stanie oddać do końca piękna tamtej chwili.


Niebo bardzo szybko pojaśniało i wszyscy ruszyli długą, wybrukowaną groblą przecinającą fosę i sadzawki pełne lotosów ku sanktuarium. Angkor Wat - wzniesiona bez zaprawy murarskiej w latach 1113-1150 przez króla Surjawarmana ku czci bóstwa Wisznu jest najlepiej zachowaną w całym kompleksie budowlą starożytnej stolicy imperium Khmerów. Ówcześni architekci osiągnęli niesamowitą jak na tamte czasy harmonię, równowagę i proporcje pomiędzy wszystkimi elementami z których każdy ma głęboko symboliczne i religijne znaczenie. Ściany pokryte są płaskorzeźbami z których wyczytać można historię z życia dworu, przebiegu bitew a także wizerunkami tańczących nimf. Pomimo tłumów przed świątynią po wejściu do jej centrum nie czuję się już ich obecności i panuje dostojny nastrój skupienia i niesamowita cisza. Nie czuliśmy tego zwiedzając inne miejsca kompleksu. Tu już nie trzeba nikomu przypominać o odpowiednim stroju (zasłaniającym ramiona i nogi) dlatego wszędzie dookoła otaczają nas ludzie w kolorowych, szerokich spodniach w gumkę, które można kupić na każdym straganie za grosze i stały się już chyba symbolem turysty w Kambodży.











Dzień rozpoczął się od prawdziwego zatrzęsienia wrażeń i emocji, a później jak w filmach Hitchcocka napięcie rosło, ponieważ przed sobą mieliśmy jeszcze zaplanowaną wycieczkę na pływające wioski...
O tym szczegółowo opowiemy w kolejnym wpisie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Karolina i Maciek , Blogger